niedziela, 25 sierpnia 2013

ALPY 2013

Dla mnie wszystko zaczęło się  w maju od maila Maćka Ciesielskiego, w którym przedstawił nam listę osób jadących na wymianę z Francuzami. Szczerze, nie spodziewałem się  tego wyróżnienia ale jak tu nie skorzystać z okazji. Szybko musiałem zmienić plany wakacyjne z Dolomitów na Alpy. Do Chamonix przyjechałem razem ze Sławkiem Szlagowskim i Mateuszem Dejnarowiczem w ostatnich dniach lipca. Od razu wjechaliśmy kolejką na Midi. Wjechaliśmy tylko na dwa dni, bo w niedziele wieczorem zaczynaliśmy zgrupowanie w Le Tour. Mimo to, było to dobre rozwiązanie, które później zaprocentowało. Dobrze podłapać czerwone krwinki w miarę szybko.

Na Valle Blanche dołączamy do Alka Barszczewskiego, Krzyśka Korna i Piotrka Sułowskiego, którzy są tam już jeden dzień.  Na lodowcu rozbitych jest około 20 namiotów, a właściciele za nic mają sobie poranne wizyty Chamonix Police każących składać namioty równo ze świtem. Niebywałe było nasze przerażenie kiedy Pan sięgał do wewnętrznej kieszeni kurtki żeby wręczyć nam kwitek. Byliśmy pewni, że właśnie wyciąga mandat. Na szczęście była to tylko informacja „Camping Forbidden”. Udaje nam się zrobić tylko drogę Contamina  na Pointe Lachenal. Następnego dnia obudził nas mocny wiatr, chmury, pan policjant i brak namiotów, których dzień wcześniej było multum. Schodzimy.

Taras na Midi fot. P. Wierzyk

 OBÓZ

W zgrupowaniu wzięło udział pięciu członków GM oraz trzech zaproszonych, młodych  ambitnych wspinaczy:

·         Mateusz Dejnarowicz  (Wrocławski KW)
·         Krzysztof Korn (KW Zakopane)
·         Piotr Sułowski (KW Warszawa)
·         Sławek Szlagowski (KW Poznań)
·         Piotr Wierzyk   (Wrocławski KW)
·         Mateusz Zabłocki  (KW Warszawa)
·         Dawid Sysak  (Wrocławski KW)
·         Aleksander Barszczewski (KW Warszawa)

Opiekunowie:

·         Maciej Ciesielski – zastępca kierownika wycieczki
·         Adam Pieprzycki – kierownik wycieczki

4 sierpnia o godzinie 19.30 rozpoczynamy obóz GM PZA – GEAN CAF. Rejonem działania jest masyw Mt. Blanc a bazą ośrodek Francuskiego Klubu Alpejskiego mieszczący się w Le Tour. Prognozy meteorologiczne na pierwsze dni nie nastrajają optymizmem, drugiego dnia o 16 pogoda ma się załamać na około 4 dni. Francuzi jednak nie rezygnują z wcześniejszych ustaleń mimo niesprzyjających prognoz i rano wyjeżdżają do Włoch zamiarem wspinania na Grand Capucin. My wybieramy wariant mniej ryzykowny - wyjeżdżamy na Plan de l'Aiguille. Dzielimy się na 4 zespoły dwójkowe + 2 opiekunów zmieniających zespoły. Ja wspinam się z Dawidem Sysakiem oraz  Maćkiem Ciesielskim. Za nami idzie Sławek z Dejnarem. Planujemy najpierw wejść na Gendarma drogą Verdon Memories później podejść pod Peigna i kontynuować do wierzchołka drogą Rebuffata. Plan udaje się wykonać w całkiem niezłym czasie. Następnego dnia wspinamy się sami, Maciek poszedł z Mateuszem i Alkiem na Fidela Fiasco. Cała ekipa działa na Aiguille du Blatiere, my uderzamy na krótsze ale trochę trudniejsze Deux Goals . Wspinamy się dość szybko i kończymy drogę po 3,5h. Z końca naszej drogi widać też Siwego i chłopaków po lewej na Leu Rance d'Arabie. Bezproblemowe zjazdy, przy plecakach mówię, że wypadałoby szybko schodzić, żeby Francuzi na nas nic nie zrzucili. Kiedy skończyłem zdanie tuż obok przeleciało Reverso . Zbiegamy do kolejki i punktualnie o 16 zaczyna się zlewa. Tylko nas oszczędziła.

Kluczowe miejsce na Verdon Memories, Gandarme. fot. D.Sysak

Kierownik szuka ostatniego wyciągu na Rebuffacie. Peigne.  fot. D. Sysak
Ostatni stan 30m poniżej piku Peigna. fot. P. Wierzyk
ZLEWA

Pierwsze dzień mija dość spokojnie, restujemy. Następnego dnia już trochę nas nosi, chcemy wcześnie wyjechać do Szwajcarii na Petit Clochera, do naszego zespołu dołącza Robin (jeden z Francuzów). Robin przynosi 3 camy „trójki”, dwie „czwórki”, „piątkę” i mówi, że na naszą drogę jest to minimum. Bezcenna była mina Dawida, dla którego nasz zestaw był za duży  (używaliśmy pojedynczego zestawu dragonów i duble BD od 0.5 do 2) Piaskarz :) Udaję nam się przekonać Francuza, że nie bierzemy „piątki” i tylko jedną „czwórkę”. Po pobudce o 4 rano okazuje się, że jest taka zlewa, że z naszego pokoju podniósł się tylko Adam i tylko dlatego, że pełni zaszczytną funkcje kierownika wycieczki. Trzeciego dnia jest nam już zupełnie obojętne, Maciek urządza wykłady o szybkim poruszaniu się w górach i jakoś przeczekaliśmy do kolacji. Przy okazji warto wspomnieć, iż obiadokolacje serwowane przez Francuzów były wyborne. Głodni nie chodziliśmy – wprost przeciwnie.  Jeżeli chodzi o czwarty dzień niepogody to odwiedziliśmy boulderowy rejon na Col de Montet. W piątek wieczorem zaczęło się przejaśniać. Zgrupowanie kończyło się w niedziele. Mieliśmy dwa dni lampy do powrotu.

WEEKENDOWA LAMPA 
 
Podejscie do schroniska Fourche. fot. A. Pieprzycki
Wraz z lampą przyszedł podział priorytetów, ja z Dawidem wracamy za dwa dni, zatem podejmujemy decyzje wjechania pierwszą kolejką od strony włoskiej. Chcemy zrobić jedną krótszą drogę na jednej z satelit Tacula i Podróże Gulivera na Kapucynie. Z nami jedzie Alek i Mateusz z podobnymi zamiarami. Reszta ekipy powiększona o Marcina Rutkowskiego idzie na grań Kuffnera ( ku uciesze Siwego – znanego fana grani), planują zejść przez Blanca. Dojście do grani Mont Moundit zajmuje im 7 godzin i ostatecznie schodzą w dół poprzez ramię Tacula do kolejki. My z kolei chcemy zapoznać się z podejściem pod Gulivera. Kończy się na tym, że wbijamy się od razu w nasz cel główny. Szpejąc się pod drogą widzimy chłopaków zmierzających w stronę Bivacco Fourche. Pierwsze wyciągi prowadzące do półek Bonnattiego przechodzimy pośpiesznie, częściowo na lotnej wariantem startowym Bonnattiego. Musimy wyprzedzić trzy zespoły, które blokują nam dojście do  właściwej drogi. Udaje nam się wyprzedzić Hiszpanów i Francuzów. Natomiast Niemcy czując nasz oddech na plecach przyspieszyli tak znacznie, że straciliśmy z nimi kontakt. Wyciągi prowadzimy na zmianę aż do ostatniego trudnego, gdzie to Dawid przejmuje stery, mi pozostaje walka z plecakiem. Na szczycie meldujemy się o 17, cała droga zajęła nam 8h. Można było ten czas zredukować, jednak lina strasznie się kręciła i musieliśmy się kilkukrotnie przewiązywać. Ewidentne zjazdy  trwały 2 godziny i kosztowały mnie okulary lodowcowe. W Torino jesteśmy  o 21. Przy kolacji Dawid wspomina, że może by na Bonnattiego.  Ja niestety zgadzam się tylko na coś krótszego. Rano idziemy na Coup de Foudre na Adolphe Rey. Dla mnie jest to męczarnia. Jedyne czym się zajmowałem na stanowiskach to chronieniem oczu przed promieniami słońca. Wszystko mamy zapasowe oprócz okularów, każdy miał tylko swoje.  Drogę pokonujemy czysto w około 3h, a mi idąc na drugiego udaję się wyciągnąć stałego czerwonego Cama. Góra daje, góra bierze. Wolałbym gogle ale nie narzekam. O 16.30 jesteśmy w Courtmayer. Jeszcze tylko po  Adama do Chamonix i kilkanaście godzin później wjeżdżamy do Zgorzelca.


Ocean granitu, Grand Capucin. fot. D. Sysak
Powrót do Torino, Dawid na tle Capucyna. fot. P. Wierzyk
Wyjazd odbył się dzięki współpracy Polskiego Związku Alpinizmu z Francuskim Klubem Alpejskim. Szczególne podziękowania uczestnicy kierują do opiekunów Adama i Maćka za organizację, wspólne wspinanie i nieocenioną pomoc na miejscu. Dziękujemy również Marcinowi Rutkowskiemu za bycie "Wujkiem Dobra Rada" już drugi rok z rzędu. Mamy nadzieje, że spotkamy się również za rok :)


Relacja Piotr Wierzyk

WYKAZ PRZEJŚĆ

31.07.2013
Voie Rebuffat, Aiguille du Midi, 6a 200m OS, 3:40h, 
- A.Barszczewski+K.Korn+P.Sułowski

2.08.2013
Chere Couloir, Mont Blanc du Tacul, II D OS 600m(do wysokości 4200m n.p.m.) OS, 5:30h,
- K.Korn+P.Sułowski

Voie Contamine, Pointe Lachenal, 6a OS, 4h, 
- M.Dejnarowicz+S.Szlagowksi+P.Wierzyk

5.08.2013
Le Mailln Manquant, Aiguille du Peigne, 6c 400m:
- A.Pieprzycki+K.Korn+P.Sułowski, Fl, 7:30h
- M.Zabłocki+A.Barszczewski, RP, 6:30h

Verdon Memories+Rebuffat, Aiguille do Peigne, 700m:
- D.Sysak+P.Wierzyk+M.Ciesielski, 6c+ PP, 5:30h
- S.Szlagowski+M.Dejnarowicz, 6c+ 1x A0, 7h

6.08.2013
L'Eau Rance d'Arabie, Pilier Rouge a l'Aiguille de Blatiere, 6c 250m:
- A.Pieprzycki+S.Szlagowski+M.Dejnarowicz, OS, 5h,
- K.Korn+P.Sułowski, Fl, 5h

Deux Goals,  Pilier Rouge a l'Aiguille de Blatiere, 7a OS 250m, 3:30h, 
- D.Sysak+P.Wierzyk

Fidel Fiasco, Grey Pillar of Blatiere do półek(10 wyciągów), 6c OS
- M.Ciesielski+A.Barszczewski+M.Zabłocki

10.08.2013
Le voyage selon Gulliver, Grand Capucin, 7a/+, 2xA0(wahadła) reszta OS, 400m, 8h,
- P.Wierzyk+D.Sysak

11.08.2013
Coup de Foudre, Pointe Adolphe Rey, 7a+ OS 160m, 3h
- P. Wierzyk+D.Sysak

Grań Kuffnera, z Bivacco Fourche do grani głównej przez turnice La Pointe de l'Androsace(5),IV D, 700m:
- A.Pieprzycki+K.Korn+P.Sułowski, Fl, 7h
- M.Rutkowski+M.Dejnarowicz+S.Szlagowski, OS, 7h

14.08.2013
Anouk, Petit Jorasses, 6b+ OS, 750m:
- M.Dejnarowicz+S.Szlagowski+A.Malinger, 11h
- P.Sułowski+K.Korn, 8h

17.08.2013
Majorette Thatcher, Pilier Rouge a l'Aiguille de Blatiere, 6c 200m:
- K.Korn+P.Sułowski, OS, 5h
- S.Szlagowski+B.Sobańska, RP, 6h

18.08.2013
Arete des Papillons, Aiguille du Peigne, 5c+ OS 250m, 5h
- S.Szlagowski+A.Malinger+B.Sobańska 

20.08.2013
Voie Rebuffat, Aiguille du Midi, 6a 200m OS, 4h
- S.Szlagowski+A.Malinger+B.Sobańska

Krzysiek Korn na drodze Anouk, Petit Jorasses. Fot. M.Dejnarowicz
Podejście pod Bivacco Fourche. Fot. P.Sułowski
Zjazdy z Petit Jorasses. Fot. M.Dejnarowicz

wtorek, 21 maja 2013

Taghia czyli tam i (tam) z powrotem


To nie był jeden z tych wyjazdów, gdzie od pomysłu do realizacji mijają dwa tygodnie. Nie było „gorących telefonów” czy nerwowych maili. O nie, ten wyjazd był długo i skrupulatnie planowany, a jego wizja powstała jeszcze zanim skończył się poprzedni pobyt w Taghii. Zaczęło się od zimnego i mokrego poranka, 10. listopada, kiedy razem z Adasiem wracaliśmy spod Fantasii. To właśnie wtedy zakwitła idea i niesamowita chęć powrotu. Już w Łodzi, plany nabrały kształtów, a poczynania tempa, po to aby 14 listopada w mailu do KWW PZA pojawił się wniosek o dofinansowanie wyprawy mającej na celu powtórzenie 4 polskich dróg w Taghii.
W taki właśnie sposób 28. kwietnia, znaleźliśmy się znów na lotnisku Balice, aby zahaczając o pochmurny Londyn Stansted, wylądować w Marakeszu. Po wspaniałej nocy spędzonej w hotelu „Airport Marrakech” (budzenie nad ranem przez policjantów wliczone w cenę), witamy się z uśmiechniętym Ahmedem. Wspólnie zaczęliśmy powolną podróż w kierunku wymarzonej Taghii. Nauczeni doświadczeniem, wiedzieliśmy, że w Maroko życie potrafi zaskoczyć, jednak niespodzianka napotkana w Azilal była iście europejska- strajk kierowców busów. Przez chwilę pomstowaliśmy na sytuację i jej prowodyrów, jednak, jako młodzież wychowana już w Wolnej Polsce, doceniamy takie demokratyczne zrywy, zatem wybaczyliśmy i zdaliśmy się na improwizację Ahmeda. Ten zaproponował nam odrobinę droższy transport w postaci podwózki przez znajomego kolegi swojego brata… ach ta Afryka! Kilka godzin później wylądowaliśmy w Zaouii- ostatnim wyprysku cywilizacji, od której ze wsparciem osiołków skutecznie uciekliśmy na dwa kolejne tygodnie.
„You have to pick it uuup!...”- słowa piosenki budzika uświadomiły mi nie tylko jak bardzo jej nienawidzę, ale też godzinę: 0430. Uznając, iż nie ma lepszej pory na pobudkę w trakcie urlopu, wstaliśmy, a 2 godziny później znaleźliśmy się pod pierwszym celem wyjazdu- Fantasią. Po zrobieniu początkowych wyciągów okazało się, że przelecenie 4500 kilometrów, przejechanie kolejnych 250 i przejście kilkunastu rozłożone na dwa dni oraz zmiana klimatu z zimno-europejskiego na gorąco- afrykański potrafi zmęczyć. Wycofaliśmy się, uznając próbę za formę rozwspinu.

Adventure
Po Fantasii
Kolejny dzień przewidzieliśmy na właściwą wstawkę w drogę. Wspinanie zaczęliśmy trochę później, ale tempo pozwoliło nam sprawnie podejść po pierwszy z trudnych wyciągów, gdzie nasza sprawność została poddana ciężkiej próbie. 5 kolejnych „siódemek” zmęczyło nas na tyle, że ostatni robię z blokami, aby po nim założyć biwak na sympatycznej półce o powierzchni 2 m2 i zupełnie nienadającym się do snu kształcie. Kolejne 8 godzin upłynęło pod znakiem „nie wierć się i regeneruj”- to była długa noc. Następny dzień to rozgrzewkowe 7b z poprzedniego dnia, kluczowy wyciąg za 7c i 300 metrów do wierzchołka osiągniętego około 1730. Tu jednak zaczął się „Adventure”. Słoneczna Afryka znów pokazała swoje górskie oblicze i grubą pierzyną chmur ograniczyła widoczność do kilkudziesięciu metrów. Zdecydowaliśmy się zejść na drugą stronę wierzchołka i iść wzdłuż grani. Ten manewr koniec końców wyprowadził nas do doliny ” الله وحده يعلم أين أنت *”. Kolejne godziny upłynęły nam na zwiedzaniu owego kanionu, skutecznie utrudnionego przez deszcz i zmrok. Zamiast w łóżku, noc spędzamy pod wielkim wysuszonym drzewem, kojarzącym się z sienkiewiczowskim baobabem. 
Nasz baobab
Tymczasem co to znaczy „Adventure”? To znaczy wstać nad ranem i łazić po górach przez 6 godzin bez nadziei na poprawę sytuacji. To znaczy podliczać żarcie i wodę, kalkulując na ile godzin/dni wystarczy. To znaczy na pytanie „Jak tam?” odpowiadać niezmiennie „Przejeb***!”. Nareszcie oznacza to ryk osiołka, który przebijając się przez chmury wskazuje kierunek, w którym ewidentnie znajdują się domostwa. Kiedy kończy się „Przygoda”? Gdy widzisz oddaloną 3 godziny marszu w górzystym, czasem nawet wspinaczkowym, terenie, ze zjazdami w zestawie. Te 3 godziny, to po prostu spacer.

Limes
"...to już po prostu spacer."
Opisywanie restu jest bezcelowe- określa się go zgonem i jako opowieść nie jawi się interesująco. Ciekawszy był dalszy plan, czyli Widmo. Zdając sobie sprawę z trudności jakie mogliśmy napotkać, pierwsza wstawka służyła spatentowaniu najtrudniejszych wyciągów, jednak została przerwana (po 7c+) przez deszcz, który skutecznie zepchnął nas do defensywy zjazdami. Pocieszyliśmy się możliwością restu przed właściwą próbą. Tę zaczęliśmy dwa dni później. Pełni werwy dotarliśmy aż do wyciągu za 8a, który jednak przypomniał o swojej wycenie puszczając Adasia dopiero za trzecim razem, pochłaniając jednocześnie ogromne pokłady potrzebnej energii. Kolejny za 7c+ zrobił to samo ze mną. Przechodząc 7b+/c i 7b doprowadziliśmy organizmy do tytułowej granicy. Limes pojawił się w okolicach 7a, bo właśnie takie trudności zmusiły nas do wycofu. Tym samym, dwa wyciągi przed końcem pozbawieni sił fizycznych i psychicznych rozpoczęliśmy zjazdy, które zakończyliśmy jako dwie bezwładne kukły. W domu spędzamy ponad dobę przywracając się do stanu używalności.

The last melon
Zjedzony "melon"
Osoby, które widziały „Epokę lodowcową”, z pewnością pamiętają ptaki dodo, które z obłędem w oczach powtarzały jak mantrę: „The laaast meeelon”, wpatrując się  w owoc, kluczowy ich zdaniem do przeżycia. W dolinie Taghii, obłąkanych było dwóch, owocem stało się Widmo, a czas, który nam pozostał sprawił, że cytat z filmu stał się naszym mottem przewodnim. Nasz „Ostatni melon” zaczął się 09. maja, kiedy udaliśmy się pod ścianę Tadrarate. Hasło powtórzone przy śniadaniu o 6 rano miało w sobie coś z zaklęcia. O dziwo, czary pomogły- kolejno przeszliśmy wyciągi bez żadnego odpadnięcia, aż do 7a+, gdzie wystarczyła zmiana prowadzącego, aby go pokonać. Po ponad 8 godzinach wspinania dotarliśmy do półek kończących Widmo, wyzwalając z siebie euforię i klarując linę do zjazdu, a o 1800 stąpamy po ziemi ogarniając szpej. Lista drobnych obrażeń i kontuzji oraz poziom wyeksploatowania organizmów zdają się nie mieć znaczenia. Z naszym melonem poradziliśmy sobie lepiej niż dodo.
Co dalej?
Akcja na (właściwie po) Fantazji oraz praca włożona w Widmo sprawiły, że zabrakło czasu i skóry na realizację dalszej części planu. Dwie kolejne drogi pozostały dla nas niepowtórzone. Jeśli jednak chodzi o mnie i Adasia, wykonaliśmy chyba ponadplan- zrobiliśmy najdłuższą drogę w życiu, najtrudniejszą drogę w życiu, zgubiliśmy się i odnaleźliśmy, doprowadziliśmy ciała do fizycznego końca, żeby się odbudować i znów całkowicie zniszczyć. Całkiem sporo jak na dwa tygodnie, prawda? Wszystkie te wydarzenia i doświadczenia sprawiają, że oprócz uczucia spełnienia i samorealizacji, w mojej głowie pojawia się wciąż pytanie: co dalej?

Co dalej?
Wyjazd odbył się przy finansowym wsparciu PZA i sprzętowym wsparciu przyjaciół (za co dziękujemy Piotrowi Mytychowi i Magdzie Suchan). Najważniejsze jednak okazało się otrzymane wcześniej wsparcie środowiska wspinaczkowego, ze szczególnym uwzględnieniem instruktorów wspierających Grupę Młodzieżową. Jestem przekonany, iż bez tego, nie tylko nie udałoby się wykonać naszych planów, ale prawdopodobnie w ogóle byśmy tam nie dotarli!

Wynikiem wyjazdu (28.04-14.05) jest powtórzenie dwóch polskich dróg w Taghii:
Fantasia 7c 700 m RP**
Widmo 8a 450 m RP


* الله وحده يعلم أين أنت – (arab. Bóg wie gdzie jesteś), nazwa doliny wymyślona przez autora tekstu, całkowicie fikcyjna
**ciekawostką jest, iż oficjalna nazwa ściany brzmi Tagoujimt n’Tsouiant, natomiast według Ahmeda powinna brzmieć Toyate. Tagoujimt to dalsza, znacznie wyższa góra

środa, 27 marca 2013

Polsko – francuskie zgrupowanie PZA-CAF, Morskie Oko, 3-13.03.2013

Nieczęsto zdarza się, że w Polskich Tatrach widzi się zagranicznych wspinaczy. Na początku marca bieżącego roku, w Morskim Oku gościliśmy 15-osobową grupę Francuzów. W ramach niedawno podjętej współpracy CAF (Club Alpin Français) z PZA odbyło się spotkanie młodych wspinaczy z GEAN (Groupe Excellence Alpinisme National) oraz z Grupy Młodzieżowej PZA.

Alek Barszczewski na Czarnym Zacięciu. Fot. K.Banasik
Korzystne warunki wspinaczkowe panujące przez pierwsze dni spotkania pozwoliły francuskim zespołom na przejście Lewej Depresji Niżnych Rysów z wyjściem na wierzchołek, a następnie granią osiągnięcie szczytu Rysów. Tego samego dnia (nie te same zespoły :) przeszły Filar MSW z wyjściem Rynną Wawrytki w kopule szczytowej.

Ekipa gości. Fot. C.Moulin

Sławek Szlagowski na Kotle Kazalnicy. Fot. K.Banasik

Gospodarze w tym czasie wspinali się na Kotle Kazalnicy (Skłodowski) oraz w prawej części Kazalnicy (Climb Machine). 

Kolejne dni to już codzienne opady deszczu i dodatnie temperatury. Ruch wspinaczkowy koncentrował się na Buli pod Bandziochem oraz Czołówce MSW. Powtarzano takie drogi jak: Czarne Zacięcie, Szare Zacięcie, Prawy Dziadek, Starek-Uchmański.


Po wspólnym wspinaniu. Fot. P.Sułowski
Warunki nie rozpieszczały :) Fot. P.Sułowski
Dopiero ostatni dzień obozu przyniósł poprawę pogody. Pierwszego powtórzenia (autorstwa francuskich wspinaczy) doczekała się Rosyjska Ruletka na progu WCK. Pozostałe zespoły wspinały się po Kuluarze Kurtyki, Rysie Strzelskiego oraz po śnieżno-lodowym żlebie opadającym z Żabich Wrótek.


czwartek, 14 marca 2013

To tyle nie ma...

 czyli Bad Gastein oczyma Września.  

           Wcześnie rano dzwoni telefon, odbieram i słyszę Tomka ”Klakiera” Kupczyka:
-Hej, chcesz jechać na lody do Austrii ? Rozsypał nam się skład i poszukuje dwóch osób…
-Jasne!  Odpowiadam
-Ok jedziemy w niedzielę, postaraj się znaleźć partnera, ja też będę coś szukał.
Zaraz po skończonej rozmowie dzwonie do Krzyśka Zabłotnego (na niego zawsze można liczyć jeśli chodzi o wyjazdy)
-Siemasz! Jedziesz na lody do Austrii?
-Długo nie myśląc odpowiada - pewnie!
­-Tak myślałem :) Ciesząc się w duszy że mamy skład i że w ogóle jedziemy.
Późno w nocy dojeżdżamy na miejsce , rozkładamy namioty i idziemy spać.  Rano pogoda nie wygląda najlepiej nic nie widać. Na szczęście zanim wyruszyliśmy wszystkie chmury przewiało.


"EisArena" od lewej 'Federerweissfall' i 'Seidenraupe'.


Na podejściu nasze drogi się rozeszły.  Dejnar z Klakierem poszli na „ Supervisor’a ”  , a ja z Krzychem na lodospad „ Federweissfall ”  Który nam polecili nasi ‘gaidowie’ .
Lodospad rzeczywiście okazał się świetny 120m wspinania w średnio trudnym terenie było tym czego potrzebowaliśmy na rozwspin. Spokojnie delektując się każdym wbiciem dziabki dochodzimy do stanu zjazdowego. Niestety nie mieliśmy zbyt dobrych warunków aby wspiąć się lodową arenką na kolejnym wyciągu, a powodem było czujne pole śnieżne. 


Pierwszy wyciąg Federweissfall wpadł mnie.


Stanowisko.

Krzychy na drugim wyciągu.

Sprawne zjazdy.

Abałak.

Po zjechaniu do podstawy lodospadu, zrobiliśmy treningowo jeszcze kilka razy pierwszy wyciąg różnymi wariantami.
Drugiego dnia postanowiliśmy zrobić zamianę zespołów Krzyś wspina się z Dejnarem na „Mordorze” a Ja z Klakierem .Naszym celem był  lodospad „Seidenraupe” . Dla Tomka był to powrót na drogę po wycofie, z powodu złych warunków lodowych.
        Pierwszy wyciąg okazuje się znacznie trudniejszy niż w przewodniku,  wychodzę na całą długość liny, wkręcam śruby i mam auto! Drugi wyciąg prowadzi Klakier bez żadnych problemów dochodzi do stanowiska.

Przed startem w drogę.

Klakier na drugim wyciągu Seidenraupe, zdjęcie zrobili nam chłopaki z Mordoru.

Trzeci wyciąg nie jest do końca wylany, ale dostałem pocieszenie ze strony partnera, że ostatnio było znacznie gorzej. Przechodzę czujny trawers wbijając się w cienką polewkę(ale ekspozycja!) uspokajając oddech, wychodzę jeszcze kilka merów i zakładam stan. Jak się okazało troszeczkę wyżej były abałakowy zjazdowe. Ok jeszcze dwa wyciągi i jesteśmy na szczycie. Kolejny wyciąg wypadł na Tomka. Zakładając, że nie będzie trudnych miejsc wbija dziabki i idzie, zatrzymując się tylko żeby wkręcić śrubę.  Po dłuższej chwili słyszę auto !!! Czyszczę wyciąg  dziabka , dziabka - zaczyna prać przedramię, co jest ? Dochodząc do stanu widziałem uśmiech Klakiera, spojrzeliśmy  na siebie i pyta trudne nie? Odpowiadam że to chyba kluczowy wyciąg J (roześmialiśmy się). Ostatnie metry to już formalność chodź nie wspinało się przyjemnie ze względu na słabej jakości lód a właściwie zmrożony śnieg . Dochodzę do drzewa zjazdowego,  zaczyna robić się ciemno. Jeszcze tylko zjazdy i do auta.  Na trzecim zjeździe dopiero czekały na nas atrakcje! Otóż w czasie ściągania liny jej koniec gdzieś się zaklinował.  Jak w lodzie może zaklinować się lina? Po dłuższej walce decydujemy się na ciecie. Z ok 40m kawałkiem liny z wiadomych powodów znacznie wydłuża się czas w ścianie . W oddali migają czołówki chłopców, którzy czekali na nas z ciepłą herbatą i żelkami bez żelatyny wieprzowej . Był to naprawdę miły gest J Jesteśmy za ziemi. W komplecie, z głowami pełnymi przemyśleń i z uśmiechem na twarzach, nawspinani ruszamy w stronę parkingu.


W komplecie, z głowami pełnymi przemyśleń i z uśmiechem na twarzach, nawspinani, ruszamy w stronę parkingu.






Podsumowując:
       W Bad Gestein jest naprawdę dużo wspinania lodowego. Zawsze zabieraj czołówkę! Jeżeli wydaje Ci się że lina nie może zaklinować się w lodowej ścianie to mylisz się! 

PS Z osobistych względów odradzam jedzenia orzeszków w skorupce w rozgadanym towarzystwie :D   
Prowadzenia zespołów.
Krzysztof Zabłotny  Kuba Wrzesień
„Federweissfall ” WI 4 120m
„Federweissfall „ WI 4 60m (pierwszy wyciąg różnymi wariantami)
Tomasz Kupczyk , Kuba Wrzesień
„Seidenraupe” WI 5 220m

K. Wrzesień

piątek, 1 marca 2013

Karkonoski lodowy akcent


- czyli Dejnarowicz wraca do gry w nienajgorszym (ma nadzieje) stylu :).

Okres 'warzywa' uważam za zamknięty :)
 

       Leżąc w łóżku po wypadku, najbardziej tęskniłem za nartami i lodem. Dlatego najwięcej czasu w tym sezonie spędzałem z wodą w różnych stanach skupienia. Jasno określone cele odłożyłem na bok, ciesząc się po prostu czasem spędzanym w górach. Narty i wspinanie w Karkonoszach połączone ze świetnym towarzystwem zagoniły mnie do Bad Gastein, o czym było gdzieś we wpisie powyżej. 

Karkonosze.
Klakier startuje w filarek.

Klakier w akcji, asekuruje Jarek.

Klar.

Ładne metry.

Druga część lodu.


Wszystko przez Tomka ‘Klakiera’ Kupczyka, ale może po kolei.
Pomysł powrotu powstał w zasadzie jeszcze przed wyjazdem z Bad Gastein.
Chłopaki mierzyli w wymagające linie, ja zamierzałem powrócić by kolekcjonować metry, ale jak zwykle wszystko się zmieniło.
Do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy czy jedziemy, połowa składu zrezygnowała, spadł śnieg i zmieniły się warunki. Zespół uzupełnia się o mocną dwójkę: Kubę typu Wrzesień z partnerem – Krzysiek typu Zabłotny :) i tak oto zaczynają się dwa intensywne dni w Austrii. 

W namiotach na parkingu śpimy nieco niespokojnie. Rano nad nami wiszą chmury, widoczność jest słaba.  Niebo po godzinie się przeciera, widać więcej, spręż rośnie.
Do końca podejścia pod ścianę nie wiemy czy warunki nas puszczą. Słyszę niemalże myśli Klakiera i po prostu wiem, że od razu chce iść na Supervisor’a. 


Przebieranki.



Supervisor.

Zwyczajowo kamień- nożyczki- papier dzielą nam trudności na dwie długości liny. Ruszam więc w swój pierwszy. W życiu nie wspinało mi się tak dobrze. W środku kompletny spokój, ogrom to wsparcie od mojej drugiej Połowy, motywacja - której zawsze uczę się od młodszej Siostry i mocny i doświadczony Człowiek na drugim końcu liny, którego w dodatku cholernie lubię.
Wspinanie jest przerażająco oczywiste: dobra śruba + kolejna część ruchowej zagadki lodowej + kolejna śruba i znowu łamigłówka ruchowa.
Silny wiatr przywiewa do mnie informacje o kończącej się linie, trzy śruby, taśma i wpinam się do stanowiska. Jedyne o czym myślę, to że teraz kolej Klakiera a nad nami niesamowite i trudne metry.
Kolejny wyciąg to piękne i wymagające wspinanie. Aż miło popatrzeć ze stanu na spokojne opanowane ruchy. Nad nami jeszcze jeden i wpinamy się do tasiemek oplatających drzewo na końcu drogi. 2 minuty później przelatuje po nas niewielka deska śnieżna – cały depozyt żlebu nad lodospadem. Tylko my wiemy o czym wtedy pomyśleliśmy.

Pierwszy z dwóch trudnych wyciągów.

Z końcówki prowadzenia.


Stan.

Ostatnie metry przed stanem.

Start w kolejny wyciąg.

Trudne metry.

Końcowe metry przedostatniego wyciągu.


Zjeżdżamy linią drogi, dorzucamy abałakowy. Świetnie jest obejrzeć wszystko z góry i usłyszeć Klakiera mówiącego: ‘cholera gdzie to żeśmy wleźli’ – perspektywa w kocu wiele zmienia :)

Po deseczce, przed zjazdami.

Inna perspektywa.

          Kolejny dzień to roszada w składach. Pełni obaw o warunki meldujemy się pod Mordorem z Krzyśkiem Zabłotnym. Wspinamy się razem pierwszy raz, zgodnie obieramy linię przejścia i wyruszamy. Piękne i długie wspinanie pokonujemy w 4 wyciągach, łącząc pierwsze dwa w jeden. Droga jest przepiękna i długa. Wspinanie jest niesamowite, choć czujemy zmęczenie po dniu poprzednim. Zjeżdżamy późnym popołudniem, ostatnie abałakowy wiercimy przy czołówkach.
Na dole herbata i żelki smakują niesamowicie. Czekamy na Klakiera i Kubę, po czym chodzimy na parking.

Krzychu startuje w Mordor.

Metry.


Tea time na stanie.



Kolejny wyciąg.

Podsumowanie naszych odczuć.

Inna perspektywa.

Po lewej stronie my na kluczowym wyciągu.

Zjazdy.

Zjazdy.






Linie:
SuperVisor WI6 270m 5h (+ 1h zjazdy)
Tomasz "Klakier" Kupczyk, Mateusz "dej" Dejnarowicz
Mordor WI5 300m 5,5h (+ 1,5h zjazdy)
Krzysztof Zabłotny, Mateusz  Dejnarowicz


fot. 
Krzysiek Zabłotny 
Tomasz Kupczyk 
Mateusz Dejnarowicz 
Uważam, że mogę uznać kolejny etap rehabilitacji za zakończony (;
dej