środa, 25 lutego 2015

Grudniowe spotkanie na Hali okiem Wojtka

Przeciętny wtorek, środa, czwartek;
Po raz kolejny wertowałem kartki mojego ulubionego książko-poradnika, który dostałem kilka lat temu, na któreś to urodziny od mojej matuli. Osadzanie igieł, rurki lodowe, stoki lawinowe ileż razy można czytać, gdy w sercu chcesz już tylko „dupnąć” młotkiem, wbić dziabkę w język lodowy i grzać po filarach i kuluarkach. Jednak dla pewności, że maksymalnie dużo zapamiętam wolałem czytać.
            Piątek;
Szybkie dopakowanie, o 9:42 bus do Gliwic, wizyta w piekarni po świeży chlebek i spotkanie z żulikiem na dworcu zbierającym na bletki. 11:31 Koleje Śląskie do Kato. 12:30 na placu Andrzeja wsiadamy do czerwonej Corsy, nieznanego dotąd, Krzyśka z blablacaru. Ten widząc wystający czekan zapytuje:
- A Panowie na jakiś drytooling?!
W Tychach dobieramy kolejną pasażerkę i okazuje się, że wszyscy wokoło łoją, albo znają kogoś kto łoji. Owy Krzysiek z Corsy zamieszkiwał na studiach z jednym z członków starego GM’u, a koleżanka z Tychów jest najlepszą przyjaciółką żony łojanta z Tychów. W okołogórskiej tematyce rozmów w kilka godzin docieramy do Zako, zaliczamy nowiuteńko odstawioną biedronkę w centrum, zgarniamy Kasię z ronda JP2 i obieramy kierunek betlejemka. Ciśniemy z czołówkami przez dolinę Jaworzynki, co okazało się świetną decyzją Karola, gdy hulał orkan Aleksandra. Omija w ten sposób jakże przyjemną zwykle grańkę boczania, która miała przysporzyć innym kłopotu. Z jedną lekką glebą popchnięty przez Oleńkę podganiam zespół Kasia-Karol poginający z przodu i wreszcie razem docieramy do Betlejemki. Powitanie, ulokowanie, przepak, kolacja i niestety uświadczona obok mała libacja. Próba zaśnięcia w coś, jakoś wychłodzonej tego wieczoru chatce, w towarzystwie rozgrzanych kolegów taterników była pierwszym grubszym zadaniem.
            Sobota;
Potencjalne wyjście o 8 przesunęło się na 10, mój imiennik z Bydgoszczy jeszcze podchodzi. Za to nasłuchaliśmy się jak to Oleńka szalała na boczaniu i przytuliła Zuzię do gleby nie pozwalając się jej ruszyć. Następnie krótka pogadanka z Robertem R., zwanym „skałą” tyle że po brytyjsku, na temat planu działania podczas zgrupowania. Zgodnie z przewidywaniami w towarzystwie Ro[c]ka i Marka Pokszana ciśniemy nad staw w okolice drogi Kliśa powbijać kilka haków, igieł. Szybki podział na dwa teamy, tych którzy działali zimą lub nie. Świeżaki rozpoczęli wspin w mikście na wędeczkę z asystą Marka, a doświadczeni poszli coś łatwego załoić z Rokiem na boku. W grupie świeżaków dzień kończymy po zachodzie szybkim prowadzeniem jakiegoś parchowego terenu, z wyruchanym ramieniem od tłuczenia haków i igieł w całkiem dobrze trzymające trawki. Szybka kolacja i krótka pogadanka ws. niedzielnego wyjścia, gdzie do Ciesioły, Roka i teamu wspinającego się brakuje dwóch osób. Pierwszego spota zapełnia Michał pozostaje już tylko jedno miejsce. Kolega Paweł z Kielecczyzny nieśmiało wypowiada imię Wojtek. Jednak Wojtków wśród świeżaków było dwóch, więc po chwili ciszy szybko i bezczelnie wykorzystałem sytuację i chyba lekko zaskoczonemu Rockowi dziarsko odparłem, że ogarnę.
            Niedziela:
Pobudka, śniadanie, przepak, kierunek filar Staszla na hali. Podchodzimy Karol prowadzi ja robię czas. Pierwszy, drugi, wyciąg dobiegam do stanów z zadyszką. Piękne prowadzenie kluczowego filarka przez Karola, na którym później już biec nie byłem w stanie, bo dziabki co i rusz spadały z ramion. Szybkie przeskoki na asekurację lotną w łatwiejszym terenie wydawały się naturalne, jednak gdzieś podczas tego biegu w łatwym, spod prawej dziaby wyjechała mi spora kępa trawy. Pierwsza myśl:
- Oby już miał stan.
2m lotu, szarpnęło, kilka sekund otrzeźwienia i dalej biegnę po śladach partnera i z zadyszką zapinam auto.
- Mocno cię szarpnęło? – Taaa, ale zabrało mi powietrze z płuc na dobre 10 sekund.
Jednak na szczęście stan już był. Jeszcze jeden szybki wyciąg, romboidalna płyta, jeden zjazd, kierunek na Zamarzły Staw i do Betlejemki. Do grani już nie szliśmy.
            Poniedziałek;
Grupa Karol, Zuzia, Krzysiek atakują 114 WHP z Rokiem. Z świeżo przybyłym Mariem drugi Wojtek i kolega z kielecczyzny idą na żeberka, my z Michałem Czechem śmigamy po ich niedzielnych śladach z Markiem Pokszanem na drogę Potoczka. Krótki szybki wspin po niezbyt wymagającym terenie ze zwróceniem uwagi, na jakość zakładanej asekuracji i budowę słusznych stanowisk. Ze 100% przypadkowością zabieram Michałowi najciekawsze dwa wyciągi tuż po zmianie na prowadzeniu. Dość szybki powrót do betlejemki i wreszcie powolny obiad. Wędzona kiełbasa jest czymś niepodważalnie niesamowitym zwłaszcza w sosie pomidorowym.
            Wtorek;
W tym samym zespole jednak pod opieką Janka Kuczery kierujemy się na prawe żeberko. Celując w lepsze wyciągi Michał oddaje mi prowadzenie podczas podścianowego przepaku. Niestety wycelował w połogie trawki drugiej części drogi, a ja dostałem całkiem ładne zacięcie w drugim wyciągu i przyjemne mikstowe wspinanie na trzecim chodzonym lotnie. Powrót przewidziany był zjadzami ze stałych stanowisk, tam zaczął się stanowiskowy rozpier... nicz. Czułem się jakbym zjazdy wykonywał znowu po raz pierwszy. Janek spoglądał na nas jak dobry wujek zadając nam i sobie pytania…
-Ale po co to i dlaczego tak?
Po pierwszym zjeździe już się troszkę poprawiamy, ale ten słusznie nie odpuszcza i dzięki temu ogarniamy dodatkowo patenty zjazdów na złodzieja i w półwyblince. Powrót do betlejemki, obiad, przepak, spacer w wytapiającym się śniegu na dół, żurek w FISbarze. Powrót do domu, gdzie myśląc o 11 mam już w głowie rozgrzaną pościel w domowym łóżku.

WoSzu

poniedziałek, 12 stycznia 2015



Wszystkim współczującym i wspierającym nas - Przyjaciołom, Kolegom, Członkom Klubu Wysokogórskiego w Katowicach, Grupie Młodzieżowej PZA, łączącym się z nami w bólu po tragicznej śmierci naszego nieodżałowanego Syna Ś.P. Krzysztofa Krisa Kończakowskiego składamy z głębi strapionych serc serdeczne podziękowania.

Bóg Zapłac
Rodzina

piątek, 2 stycznia 2015

31.12.2014 podczas wspinaczki w Tatrach słowackich zginął nasz Kolega Krzysztof Kończakowski.


Uroczystości żałobne po tragicznej śmierci śp. Krzysztofa "Krisa" Kończakowskiego odbędą się w dniu 5.1.2015 o godzinie 10:00 w kościele parafialnym pod wezwaniem Ducha Świętego na cmentarzu parafialnym w Chorzowie przy ul. Dąbrowskiego 104.

 Jednoczymy się w modlitwie z Rodziną i Bliskimi.
Członkowie Grupy Młodzieżowej PZA

piątek, 24 października 2014

Zimbabwe, raj nieutracony. Sierpień 2014.

Przed wyjazdem bardzo dużo wątpliwości kotłowało się w mojej głowie.
Co z sezonem wspinaczkowym?
Odnalazłem jeden z najpiękniejszych rejonów granitowych, jakie w życiu widziałem.
Lato w Afryce? To może zima na biegunie?
20-25’C, wieczory chłodne.
Wytrzymać trzy tygodnie na MISJACH?
Gdybym mógł wrócić, wsiadam w pierwszy samolot…

Choć jest mi teraz wstyd, pocieszam się jednie, że obawy to może część naszej ludzkiej natury,
a sama przygoda polega właśnie na ich przezwyciężaniu.

Opowieść o tych trzech tygodniach można by przeciągnąć w nieskończoność, ze względu na charakter bloga skupię się tylko na ułamku tego co tam przeżyliśmy.

Afryka to miejsce kontrastów. W Johannesburgu autostrady mają po 5 pasów w każdą stronę,
w godzinach szczytu wszystkie zakorkowane, beton jest wszechobecny, a pod światłami drogowymi znajdują się tabliczki informujące, by celem zachowania życia nie zatrzymywać się w nocy na czerwonym. Wnika z tego prosty wniosek, że lepiej doznać obrażeń w wyniku wypadku niż integracji z lokalną społecznością. „Ulica Krokodyli” Bruno Schulza? W Zimbabwe natomiast znajdują się miejsca, gdzie ludzie zamieszkują tradycyjne okrągłe domki, najbliższa droga kończy się 60km dalej, a prąd i woda przestają być czymś normalnym i oczywistym.

Domki mieszkańców krainy granitu

Wraz z odległością od stolicy RPA krajobraz się zmienia, głównym jego elementem staje się busz. Przestrzenie są ogromne. To pierwsze co mnie zachwyciło, może oprócz tego że kierowca w czasie jazdy może spokojnie konsumować piwo. Ruch oczywiście lewostronny, dwa kurki z wodą, te sprawy. Samochodów coraz mniej. Głównym zagrożeniem dla podróżujących autem po tej części Afryki są wszechobecne krowy. Człowiek pokonuje drogę kilkuset kilometrów między misjami, w nocy, po ciemku, a tu nagle postanowi taka zasnąć sobie na ciepłym asfalcie.
Przysmak w Botswanie, soczyste robaki podawane na słono.
Bardzo smaczne, byleby dobrze wygotować.
Potem zostaje już tylko wołowina, pewnie dlatego jest to główne danie w Zimbabwe. Do tego sadza – czyli coś przypominającego nasze ubite ziemniaki, z tą różnicą, że przygotowywana na bazie mąki kukurydzianej i nie posiadająca absolutnie żadnego smaku, najpewniej ma za zadanie „zakleić żołądek”, gorąco polecam wspinaczom sportowym na diecie, smacznego!







Naszą bazą wypadową była miejscowość Plumtree, położona blisko granicy Zimbabwe z Botswaną. Polscy misjonarze, Mały oraz Mjetek przez kilka lat ciężkiej pracy zrobili z misji prawdziwe Królestwo Niebieskie. Darmowy basen dla dzieciaków, studio muzyczne dla zdolnej młodzieży, grupki parafialne, msze w języku ndebele i po angielsku, ogród. To wszystko w miejscu borykającym się z kilkudziesięciu procentowym bezrobociem, przerywanymi dostawami prądu i 11 blokadami policyjnymi na 400km odcinku drogi

Przedszkole w Botswanie.

Pierwszego dnia po przyjeździe jedziemy na krótki wypad za ‘miasto’. Kilkanaście kilometrów jazdy przez sawannę doprowadza nas do małego zbiorniczka wodnego otoczonego skałami. Wspinamy się w tym rejonie przez dwa dni, otwieram kilka baldów w przedziale 6C-7B i żywicuje coś koło VI-VI.1. Zrobiło to na nas tym większe wrażenie, iż była to pierwsza wizyta w prawdziwym buszu. Ojcowie Werbiści mówili jednak, że takich rejonów rozsianych po okolicy jest pełno, a i tak nie mogą się one równać do Matopos. Jak zwykle mieli rację.

Chwila zachwytu.

Rozwspin

Potem rest w Antylopa Parku i spotkanie z królem boulderingu na sawannie.

Spacer z lwami.

Mając już gotowy cały świat, w sobotę Pan Bóg postanowił postawić w Afryce piękne góry. Nawrzucał bezładnie wiele ton granitowych kamieni, by później urzeźbić z nich wspaniałe kształty. Dzień jednak, jak to na sobotę przystało, upłynął bardzo szybko i nim Stwórca zdążył się zorientować wybiła północ. Niedziela – dzień resta, zatem nie dość, że zabrakło czasu na obicie stanowisk, to nawet samych gór nie udało się dokończyć. Budulec został, przybierając najbardziej nieprawdopodobne formy wielkich obłych jajek, niejednokrotnie ułożonych jedno na drugim.

Kieszonkowe na wspinanie,
  wspominania po hiperinflacji z obrazkiem z Matopos.

Tak powstało Matopos, jeden z symboli Zimbabwe, miejsce którym możemy jechać dziesiątki kilometrów, a granit po obu stronach drogi się nie kończy. Przyjmują one najróżniejsze kształty i wymiary, od wielkich higballi, przez ostańce przypominające Maczugę Herkulesa czy Pochylec, aż po ściany dające nadzieję na długie drogi wielowyciągowe.

Pochylec?
Piękna turniczka w czasie "Złotej Godziny"


Rejon wspinaczkowo praktycznie nie jest wcale wyeksploatowany, odwiedził go kiedyś Kilian Fischhuber, ale z obawy przed czarnymi mambami jego działalność skupiła się nie dość, że głównie na baldach, to do tego jeszcze tylko na tych położonych blisko ścieżek. Trip Kiliana

Typowy krajobraz Matopos
Potencjał na coś większego

Naszą przygodę z Matopos postanowiliśmy zacząć od grobu Cecila Rhodesa. Człowiek ten jako zwolennik idei imperializmu podporządkował sobie i Koronie ogromne tereny Afryki (nazwane od jego nazwiska Rodezją), planował budowę kolei z Kapsztadu do Kairu(!), która za jego życia została ostatecznie doprowadzona do Bulawayo. Za miejsce pochówku wybrał sobie lokalizacje, którą nazwał „View of the World”, najpiękniejszy widok jaki ujrzał za życia. Tym miejscem było właśnie jedno ze wzgórz Matopos. Gdy Mały po pewnym czasie pobytu w Zimbabwe odwiedził je pierwszy raz, po chwili zadumy wypowiedział historyczne słowa:
”Nareszcie Afryka jak z Króla Lwa...”. Tak też nazwałem jedną z dróg na tamtejszych highballach.

Piękny highball na View of the World
"Tatrzański kominek"

Koło naszego domku też aż roi się od skał.
Następnego dnia zaczynamy od Jaskini Silozwane, malowidła naścienne pół godziny marszu od wioski. Żadnych ludzi, zabezpieczeń, tylko przyroda i wzory takie jak przed tysiącami lat.
Rzut oka na potencjalny skałkowy rejon i piękne widoki ze szczytowego płaskowyżu.

Ktoś ma pomysł na jakieś linie?:)

Potem Msza Święta przy kolejnej jaskini i następna porcja wspinania.

Świetne tarcie
Płyta czyli najmniej sympatyczna
formacja na świecie


Czas spędzony w Matopos zleciał szybko tym bardziej, że wspinania jest tam na kilka dobrych lat. Wracamy do Plumtree. Dalszą część wyjazdu spędziliśmy w Victoria Falls, miejscu które zachowało jeszcze wiele z książkowego podróżniczego uroku. Strzeliste klify znajdujące się nad rzeką Zambezi, rafting ową rzeką, piwo za dolara w klubie Explorer oraz 150 metrowy skok na bungee z mostu między Zimbabwe, a Zambią są na pewno godne polecenia.

Wodospady Wiktorii.




Potem jeszcze tylko krótkie safari naszym samochodem w Botswanie i znów trzeba wracać do Plumtree.
Szczęśliwa rodzina.

Na koniec naszych przygód Skała Przewodnik, położona 10km przed Plumtree okazała się bardzo przyjemnym celem wspinaczkowym.

Krótko i siłowo

Obło

Nadeszła pora na powrót, 1500km, nocleg u przyjaciół w Pretorii.
Założyciel Zakonu Werbistów święty Arnold, pierwsze seminarium dla prześladowanych niemieckich księży otworzył w Holandii w 1885 roku, w karczmie wykupionej od lokalsów. Dlatego też złośliwi zwykli mówić, iż Werbiści „w karczmie zaczęli i w karczmie skończą.”
Na lotnisku w RPA siadamy na pożegnalne piwo. Pora rozstania. Panuje wszechobecny smutek, za moment poleją się łzy, wszyscy będą tęsknić za wszystkimi, jak w telenoweli.
”W karczmie kończymy...” – pomyślałem.
Teraz już wiem, gdzie zaczniemy następnym razem...

Krzysztof Kończakowski


Na koniec małpka z Matopos,
czeka na powrót partnerów wspinaczkowych
drodzy sponsorzy:)

piątek, 3 października 2014

szamo14 lato

Pierwotne plany zakładały wyjazd w Dolomity, jednak długoterminowa prognoza pozbawiła nas złudzeń: chcemy się powspinać? Trzeba jechać do stolicy alpinizmu!

Chamonix

Mały korek na autostradzie, parę objazdów i w czwartek rano meldujemy się na parkingu przy Kerfurze, szybka wycieczka do biura przewodników po najświeższe info o warunkach i już atakujemy igły od północy.

Stoimy pod ścianą, czuć, że lato w tym roku jakby chłodniejsze, co w połączeniu z mocnym wiatrem prawie zawraca nas do cichego namiotu 200 metrów niżej. Ale skoro już tutaj jesteśmy i mamy cały dzień przed sobą, czemu przynajmniej nie spróbować? Pierwszy wyciąg rozgrywa Wojtek - nierówna walka z zanikająca rysa przy akompaniamencie wyjącego wiatru.



Następne idą już lepiej, oswajamy się powoli ze skostniałymi kończynami. W rysach klinują się podobnie tylko nie działają nachwytem. Pokonujemy nasze najtrudniejsze wyciągi w górach: zuchwale lejbaki i bezchwytne płyty. Wspinamy się sprawnie, bez przerwy do góry. Tylko jakby czas leciał szybciej - chyba jest trudno... Dwa wyciągi przed końcem tracimy flow. Wojtek nie sięga do kluczowego chwytu. Ja robie to miejsce dopiero w 3 probie, ale dalej wydaje się być prosto. Niestety, niespodziewany lot zaraz spod stanu weryfikuje plany. Bez szans na przejście klasyczne i obawiając się bliskiej już nocy zarządzamy odwrót.



Zjazdy przebiegają sprawnie, wygląda na to ze będziemy w namiocie przed północą a jutro się jeszcze wespniemy. Nic bardziej mylnego! Wszystkiemu winna była morena lodowca, która nocą, w świetle czołówek, wygląda jak POLE NAMIOTOWE. Dzięki tej nadzwyczajnej właściwości do namiotu trafiamy grubo po 12, bez szans na wspinanie dnia następnego. Po zejściu do miasta przeczekujemy niepogodę i przy braku obiecujących prognoz decydujemy się przenieść na południe.

Verdon

Bazę stawiamy na najtańszym kempie kawałek za La Palud. 3,50E/os za miejsce na namiot, ciepły prysznic i toaletę. Całkiem znośnie. W centrum znajdujemy "biuro" przewodników, gdzie Yannick i jego mama chętnie dzielą się patentami oraz sugerują drogi, które warto zrobić będąc tutaj po raz pierwszy.

Mając na uwadze wysokogórski charakter naszego wyjazdu spośród poleconych dróg wyszukujemy jak najdłuższe, jednocześnie starając się wykorzystać możliwości jakie daje nam sportowa asekuracja. Dodatkowo wybór nowszych propozycji wąwozu pozwala nam uniknąć wyślizgania i wspinać się w świetnej jakości wapieniu.


Po czterech dniach prognozy dla chx wskazują nadejście stabilnego wyżu, a my już dość się wygrzaliśmy w prowansalskim słońcu. Bierzemy więc jeden dzień restu i kierujemy się ponownie w masyw Mt. Blanc.

Chamonix

po raz drugi

Plan jest prosty. Wchodzimy na igły od południa i siedzimy ile pogoda wytrzyma. Niestety już pierwszej nocy budzi nas gwałtowna burza która chce najwyraźniej porwać nas razem z namiotem. Rano wszędzie walą wodospady więc w drogę wbijamy się dopiero koło południa.





Jako że pogoda następnego dnia ma być stuprocentowa postanawiamy zaatakować coś ambitniejszego. Pomimo małych komplikacji na początkowych wyciągach (wilgoć i niespodziewane loty) dość szybko zyskujemy wysokość.



Po 10 godzinach stajemy na topowej półce pod szczytem Aig. du Roc.



15 zjazdów i jedno zacięcie liny później lądujemy na lodowcu. Tym razem szybko odnajdujemy nasze namioty i przed północą kładziemy się w ciepłych śpiworach marząc o kolejnych ścianach, a właściwie o jednej konkretnej ścianie;)




Pogoda rano dnia następnego jasno daje nam do zrozumienia, że najwyższy czas zamienić baletki na monopointy, a w dłonie wziąć dziabki. Niestety my w tych kwestiach jesteśmy jeszcze żółtodziobami, tak więc grzecznie pakujemy namioty i obieramy kurs powrotny do domu. Na stacji Montevers mijamy jeszcze zespoły wspinaczy nerwowo ścigających się na drabinach zejściowych, walka o jutrzejsze pole position na Żorasach trwa... :)

Bardzo dziękujemy mamie Kamila, która regularnie śledziła naszą pozycje i przesyłała najpewniejsze prognozy oraz Polskiemu Związkowi Alpinizmu za udzielone dofinansowanie.

Skład wyjazdu:
  • Wojtek Taranowski (KW Toruń, GMPZA)
  • Karol Legaszewski (KW Gliwice, GMPZA)
  • Jakub Kokowski (KW Kraków)
  • Kamil Sałaś (KS Korona) 
Kalendarium
zespół Legaszewski-Taranowski
 
Igły od północy:
  • 22.08 – Próba na drodze Fidel Fiasco ED 6c+, 350m, 12 wyc. Zrobione 10 wyciągów. Na L2 (6b) oraz L10 (6c) – AF, reszta OS. 
Verdon: 
  • 26.08 – Or Sujet/Arete du Belvedere 6c os, 250m, 9 wyc. 4h 
  • 27.08 – Serie Limitee 7a fl, 300m, 8 wyc. 5h 
  • 28.08 - Les fils de l'haltère et du pan 6c os, 300m, 9 wyc. 4,5h 
Igły od południa: 
  • 1.09 - Le Marchand de Sable TD+  6a+ os, 300m. 10 wyc. 5,5h. bez ostatniego wyciągu z powodu  zalodzenia. 
  • 2.09 – Tout va mal/Subtilités Dülfériennes  ED- 6b fl, 550m. 18wyc. 10,5h. Pmiędzy wyciągami 8-11 z drogi T.v.m wspinamy się widowiskowym zacięciem z drogi S.D.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Pierwsze zgrupowanie - Sokoliki 13-19.06

W dniach 14-19.06.2014 w Sokolikach odbyło się pierwsze szkolenie nowej edycji Grupy Młodzieżowej PZA. Ze względu na różne zobowiązania uczelniano-wspinaczkowe na zgrupowaniu stawiliśmy się w niepełnym składzie.

 Uczestnicy zgrupowania:
  • Michał Czech , KS Korona Kraków
  • Karol Legaszewski, Klub Wysokogórski Gliwice
  • Marek Legaszewski, Klub Wysokogórski Gliwice
  • Kasia Makasewicz, Akademicki Klub Górski w Łodzi
  • Paweł Migas, Świętokrzyski Klub Alpinistyczny
  • Wojtek Szulc, Klub Wysokogórski Gliwice
  • Wojtek Taranowski, Klub Wysokogórski Toruń 

Kadra instruktorska:
  • Robert "Roko" Rokowski
  • Wojciech "Dozent" Wajda
  • Maciek Oczko
  • Jarek "Blondas" Liwacz
  • Michał "Micaj" Kajca

Wszyscy wracają, my idziemy się wspinać. fot. K.Legaszewski

Sokoliki przywitały nas deszczową pogodą, nie zważając jednak na nieprzyjazne warunki rozpoczęliśmy szkolenie pod okiem Roka i Dozenta. Pierwsze cztery dni poświęciliśmy na unifikację wiedzy i umiejętności z zakresu kursu skałkowego oraz powtórzenie zasad autoratownictwa i przećwiczenie ich w praktyce. W międzyczasie doskonaliliśmy także umiejętności wspinaczki tradycyjnej.

Ćwiczenia z autoratownictwa fot. W.Szulc

Przez kolejne dwa dni pod okiem Blondasa i Micaja uczyliśmy się trudnej sztuki wspinania w rysach, co mimo zaplastrowanych rąk pozostawiło po sobie widoczne ślady na naszych dłoniach. Drogi na których ćwiczyliśmy to m.in. Rysa Kowalewskiego, Rysa Nowaczyka, Słoneczna Ścianka oraz Droga przez Nyżę na Sokoliku. Ogólne zmęczenie i trudności nie pozbawiły nas nadziei na przyszłość we wspinaniu rysowym.

 
Słoneczna ścianka fot. Dozent


Ostatniego dnia zgrupowania działaliśmy na Krzywej Turni i korzystając z dociskającego nas do skały wiatru oraz nabytych wcześniej umiejętności poprowadziliśmy dwa klasyki: Directe Americane oraz Wrześniowy Poranek.


2 wyciąg Direty fot. Blondas
Start szeroką rysą. fot. Blondas


Oprócz wspinania szkolenie obejmowało również wykłady. Dozent, mistrz w swojej dziedzinie, podzielił się z nami wiedzą dotyczącą sprzętu. Wielu wskazówek odnośnie podejścia do treningu ogólnego udzielił nam Robert, a Maciek omówił specyfikę treningu wspinaczkowego. „Wspinać się jak najwięcej” jako myśl przewodnia wyłaniająca się z tych wykładów zdecydowanie bardziej przypadła nam do gustu niż sugestie zweryfikowania naszych nawyków żywieniowych. W naszych plecakach oprócz lin, kości i friendów chyba wciąż będzie można znaleźć poupychane słodycze, co miejmy nadzieję nie przeszkodzi nam w realizacji ambitnych celów alpinistycznych.

Do kolejnego zgrupowania, które odbędzie się w Tatrach, pozostały nam dwa tygodnie w trakcie których w miarę możliwości będziemy szlifować formę działając w górach i skałach.
Naszym instruktorom serdecznie dziękujemy za przekazaną nam wiedzę oraz bardzo sympatyczną atmosferę, w jakiej odbyło się całe szkolenie.
                                                                                                      
Kasia Makasewicz