piątek, 1 marca 2013

Karkonoski lodowy akcent


- czyli Dejnarowicz wraca do gry w nienajgorszym (ma nadzieje) stylu :).

Okres 'warzywa' uważam za zamknięty :)
 

       Leżąc w łóżku po wypadku, najbardziej tęskniłem za nartami i lodem. Dlatego najwięcej czasu w tym sezonie spędzałem z wodą w różnych stanach skupienia. Jasno określone cele odłożyłem na bok, ciesząc się po prostu czasem spędzanym w górach. Narty i wspinanie w Karkonoszach połączone ze świetnym towarzystwem zagoniły mnie do Bad Gastein, o czym było gdzieś we wpisie powyżej. 

Karkonosze.
Klakier startuje w filarek.

Klakier w akcji, asekuruje Jarek.

Klar.

Ładne metry.

Druga część lodu.


Wszystko przez Tomka ‘Klakiera’ Kupczyka, ale może po kolei.
Pomysł powrotu powstał w zasadzie jeszcze przed wyjazdem z Bad Gastein.
Chłopaki mierzyli w wymagające linie, ja zamierzałem powrócić by kolekcjonować metry, ale jak zwykle wszystko się zmieniło.
Do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy czy jedziemy, połowa składu zrezygnowała, spadł śnieg i zmieniły się warunki. Zespół uzupełnia się o mocną dwójkę: Kubę typu Wrzesień z partnerem – Krzysiek typu Zabłotny :) i tak oto zaczynają się dwa intensywne dni w Austrii. 

W namiotach na parkingu śpimy nieco niespokojnie. Rano nad nami wiszą chmury, widoczność jest słaba.  Niebo po godzinie się przeciera, widać więcej, spręż rośnie.
Do końca podejścia pod ścianę nie wiemy czy warunki nas puszczą. Słyszę niemalże myśli Klakiera i po prostu wiem, że od razu chce iść na Supervisor’a. 


Przebieranki.



Supervisor.

Zwyczajowo kamień- nożyczki- papier dzielą nam trudności na dwie długości liny. Ruszam więc w swój pierwszy. W życiu nie wspinało mi się tak dobrze. W środku kompletny spokój, ogrom to wsparcie od mojej drugiej Połowy, motywacja - której zawsze uczę się od młodszej Siostry i mocny i doświadczony Człowiek na drugim końcu liny, którego w dodatku cholernie lubię.
Wspinanie jest przerażająco oczywiste: dobra śruba + kolejna część ruchowej zagadki lodowej + kolejna śruba i znowu łamigłówka ruchowa.
Silny wiatr przywiewa do mnie informacje o kończącej się linie, trzy śruby, taśma i wpinam się do stanowiska. Jedyne o czym myślę, to że teraz kolej Klakiera a nad nami niesamowite i trudne metry.
Kolejny wyciąg to piękne i wymagające wspinanie. Aż miło popatrzeć ze stanu na spokojne opanowane ruchy. Nad nami jeszcze jeden i wpinamy się do tasiemek oplatających drzewo na końcu drogi. 2 minuty później przelatuje po nas niewielka deska śnieżna – cały depozyt żlebu nad lodospadem. Tylko my wiemy o czym wtedy pomyśleliśmy.

Pierwszy z dwóch trudnych wyciągów.

Z końcówki prowadzenia.


Stan.

Ostatnie metry przed stanem.

Start w kolejny wyciąg.

Trudne metry.

Końcowe metry przedostatniego wyciągu.


Zjeżdżamy linią drogi, dorzucamy abałakowy. Świetnie jest obejrzeć wszystko z góry i usłyszeć Klakiera mówiącego: ‘cholera gdzie to żeśmy wleźli’ – perspektywa w kocu wiele zmienia :)

Po deseczce, przed zjazdami.

Inna perspektywa.

          Kolejny dzień to roszada w składach. Pełni obaw o warunki meldujemy się pod Mordorem z Krzyśkiem Zabłotnym. Wspinamy się razem pierwszy raz, zgodnie obieramy linię przejścia i wyruszamy. Piękne i długie wspinanie pokonujemy w 4 wyciągach, łącząc pierwsze dwa w jeden. Droga jest przepiękna i długa. Wspinanie jest niesamowite, choć czujemy zmęczenie po dniu poprzednim. Zjeżdżamy późnym popołudniem, ostatnie abałakowy wiercimy przy czołówkach.
Na dole herbata i żelki smakują niesamowicie. Czekamy na Klakiera i Kubę, po czym chodzimy na parking.

Krzychu startuje w Mordor.

Metry.


Tea time na stanie.



Kolejny wyciąg.

Podsumowanie naszych odczuć.

Inna perspektywa.

Po lewej stronie my na kluczowym wyciągu.

Zjazdy.

Zjazdy.






Linie:
SuperVisor WI6 270m 5h (+ 1h zjazdy)
Tomasz "Klakier" Kupczyk, Mateusz "dej" Dejnarowicz
Mordor WI5 300m 5,5h (+ 1,5h zjazdy)
Krzysztof Zabłotny, Mateusz  Dejnarowicz


fot. 
Krzysiek Zabłotny 
Tomasz Kupczyk 
Mateusz Dejnarowicz 
Uważam, że mogę uznać kolejny etap rehabilitacji za zakończony (;
dej

czwartek, 28 lutego 2013

Korn i Dejnarowicz w Gastein

-czyli Zakopiańczyk i Warzywo w lodzie.




      W dniach 24-27 Stycznia 2013 Krzysiek Korn i Mateusz Dejnarowicz mieli okazję znaleźć się w rejonie Bad Gastein przy okazji wrocławsko-karkonoskiego wyjazdu. Pierwszy dzień poświęcili na rekonesans z resztą ekipy. Wspinaczkowo jednak był bezproduktywny. Okazało się że w okolicznych nawet miejscowościach nie ma niczego na podobieństwo guide office, a szczątkowe informacje o bieżących warunkach posiada jedynie biuro turystyczne, a dokładniej ludzie będący tam w określone dni.
Tydzień przed przyjazdem ekipy miało miejsce ocieplenie trwające jeden dzień lecz temperatura z – 14 stopni Celsjusza wzrosła do + 12 co zniszczyło bardzo dużo lodospadów.
Dejnarowicz z racji zakończenia rekonwalescencji po przygodach z zeszłego sezonu przeciągnął nastawienie Korna na cele poświęcone metrom i rozwspinaniu.
Najciekawsze długości liny miały miejsce drugiego dnia, a mowa tu o Federweissfall. Przewodnikowo liczący 180 metrów w trudnościach WI4 lód, z racji zmiany przebiegu drogi na drugim wyciągu i dołożeniu ostatniego czwartego na lodowej arenie, zmienił się w 230m WI 4+. Jako że udało się zespołowi wspiąć w nieco ponad 2 godziny, zapas czasowy wykorzystano na wspinanie różnymi wariantami na szerokiej lodowej arenie w końcowych 50 metrach lodospadu.
Na kolejny dzień planowany był słynny Excalibur, lecz z powodu kiepskich warunków nastąpił szybki wycof na położone niżej lodowe lokalizacje. Udało się chłopakom przejść Reinfall oferujący 45 metrów ładnego wspinani o ciągowym charakterze. 
Ostatni dzień poświęcono na wspinanie na Doppellutcher'ach, lewy to 7O metrów wspinania z wymagającą asekuracją, a prawy to bardzo ładne wspinanie oferujące dobrą asekurację. Czuje wyjście i zejściowa droga z jednym zjazdem pozwala bezpiecznie zameldować się u podstawy ściany.
I tak w ciągu niespełna 4 dniu udało się przewspinać ponad 600 metrów lodu trudnościach WI 3+ - WI 5 – może nietrudnych z pewnością jednak bardzo uczących.

Prowadzenia zespołu:

Lód bez nazwy 70 m WI3+ (słaba asekuracja)
Federweissfall war. 230m WI4+  (+ jeden wyciąg na górnej arenie lodowej)
Federweissfall war. 45m WI -5 (górna arena lodowa)
Federweissfall war. 4+ 35 m
Reinfall 45 m WI 5 (w tym roku bardzo mało lodu)
Reinfall 50m war WI 5
Linker Doppellutscher, war. 70 m WI 3+/-4 (słaba asekuracja)
Rechter  Doppellutscher 90 m WI 4+

Poniżej kilka ujęć. 

Słoneczny poranek po przyjeździe.

Szukamy lodów w warunkach.

W oddali Yellow SubMarine i Excalibur.
Pierwsze metry.
Pierwsze wyciągi Feder'a.

Stanowisko.

Krzyś rusza w drugi wyciąg.
Korn na ostatnim wyciągu Federweissfall 230m.

Lodowa arena na ostatnim wyciągu. Krzyś na wariancie za Wi 4+.
Prawy Doppellutcher.

Częste (u nas) zdziwienie.

 Korn&dej

niedziela, 24 lutego 2013

Awesome powder in Chamonix

Na początku stycznia sześcioosobowa ekipa spędziła kilka dni w Chamonix. Wspinaczkowe plany szybko zostały zredukowane przez intensywne opady śniegu(wcześniej nie prognozowane), które rozpoczęły się już w pierwszą noc po przyjeździe i trwały przez kilka dni. Szybko rosnące zagrożenie lawinowe oraz duża ilość śniegu w ścianach uniemożliwiły jakąkolwiek działalność wspinaczkową w górach.

Igły z zimowej odsłonie.
Czas wykorzystaliśmy na rozpoznawanie podejść oraz zejść w zimowych warunkach z alpejskich ścian w rejonie lodowców Vallee Blanche, Mer de Glace i Argentiere. Jeden dzień poświęciliśmy na doskonalenie jazdy pozatrasowej na Aig. des Grands Montets.

Warun to był, ale na narty...
Jedynym miejscem gdzie udało nam się wspiąć była włoska dolina - Val di Cogne...


środa, 9 stycznia 2013

Tatrzański grudzień

W ostatnim miesiącu 2012 roku odbyły się dwa zgrupowania w Tatrach. Tuż przed świętami przez dwa dni udało powspinać się po lodowych drogach w dol. Białej Wody i Staroleśnej. Jeden dzień spędziliśmy w odległej dolinie Czarnej Jaworowej, gdzie naszym celem był NW filar Małej Śnieżnej Turni.

fot. p. wierzyk

26 grudnia świętowaliśmy w Wielickiej wspinając się po tamtejszych lodospadach - Orolinie, "nowym" lodospadzie na lewo od niego oraz po śnieżno-lodowym żlebie opadającym z Wielickiej Kopy. Tego samego dnia podeszliśmy do Kieżmarskiej by kolejnego dnia wspiąć się drogami: Nas niedobegat i Skotska anabaza na Kieżmarskiej Buli oraz Złoty Strzał na Uszatej Turni.

fot. p.wierzyk

fot. j. wrzesień

Tradycyjnie udało się także stworzyć "nową" kombinacje, tym razem na Górnym Kieżmarskim Strażniku. Po wnikliwych analizach, przejście okazało się wariantem Direttissimy Kieżmarskiej Kopy - wbrew pozorom logicznie omijającym parchaty okapik podobnej jakości zacięciem od drogi Biely pas. Podejście pod tenże okapik zostało przebyte również w sposób odrębny od Direty, więc summa summarum wspólne były jedynie 2 wyciągi ;-)

direta na żółto, nasz wariant na czerwono. fot. i rys. p.sułowski
fot. s.szlagowski

W okresie Noworocznym dane nam było powspinać się w otoczeniu Morskiego Oka, w głębi Białej Wody, na Hali Gąsienicowej a także w kilku innych miejscach, których nazwa z przyczyn oczywistych nie zostanie podana ;-) 


fot. p. sułowski

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Jak zostaliśmy prawdziwymi hakmenami

W dniach od 6-8.12.2012 w skałkach pod Krakowem  odbyło się kolejne szkolenie Grupy. Celem spotkania było kondycyjne przygotowanie się do sezonu zimowego, doskonalenie technik hakowych oraz po dłuższej przerwie ponownie zaprzyjaźnienie się z dziabami.

Dzień 1
O godzinie 9:00 wszyscy spotkaliśmy się na parkingu koło Zakrzówka. Dzień rozpoczynamy krótką rozgrzewką oraz godzinnym biegiem metodą ciągłą, minusowe temperatury nadawały tempa.
Po biegu odbyły się zajęcia z hakówki oraz drytoolingu.

Wspinaczka mikstowa na Zakrzówku


Po całym dniu zmagań, spotkaliśmy się wieczorem w Akademii Wychowania Fizycznego na wykładzie, którego tematem był trening we wspinaczce wysokogórskiej, dowiedzieliśmy się dokładnie jak powinniśmy trenować.

Dzień 2
Trening rozpoczęliśmy tradycyjnie od biegania, tym razem metodą zmienną. Po powrocie z lekką zadyszką zaczęliśmy zajęcia techniczne – drytool i hakówka.

Haczenie w stylu clean na Problemówce


Wieczorem po zajęciach część grupy udała się na Krakowski Festiwal Górski aby zobaczyć prelekcję Hansjörga Auera. Dla mnie i dla Damiana był to powrót wspomnień i widoków gdy Auer opowiadał o swoich dokonaniach na Marmoladzie.

Dzień 3
Spotkaliśmy się pod popularną Dupą Słonia . Jak pewnie się domyślacie dzień rozpoczęliśmy od biegania tym razem trening poprowadził nam Adam Pieprzycki. Ostatni dzień miał na celu dalsze doskonalenie hakówki oraz technik  autoratownictwa. 



Dulferek na Dupie Słonia w stylu clean

Zajęcia z autoratownictwa

Dla wielu z nas był to ostatni dzień w Krakowie.
Wielkie podziękowania dla Roberta Rokowskiego , Maria Nowaka i Adama Pieprzyckiego za miło spędzony czas i przekazanie nam ogromnej wiedzy która niewątpliwie przyda nam się w dalszych działaniach.

Jakub Wrzesień 

Więcej zdjęć w GALERII  

środa, 28 listopada 2012

Taghia 2012

"Gate closed, gate closed, gate closed" - maleńki napis na ekranie, hipontyzująco miga raz po raz. Nie możemy sobie jednak pozwolić na zbyt długą kontemplację, ponieważ oznacza to, że właśnie zakończyło się wpuszczanie pasażerów na pokład samolotu lecącego do Marakeszu. Tak, tego samego, w którym powinniśmy siedzieć. Sprint przez lotnisko i szybsze bicie serca nie trwały zbyt długo, bo już 10 minut później samolot opuszcza ponury Londyn i kieruje się na południe przecinając kolejne izotermy- lecimy do Taghii!


Zaczęło się dosyć niewinnie- mail w połowie października z PZA, propozycja wyjazdu od Piotrka Sztaby i Michała Brożyny, możliwość dofinansowania... Zmuszony byłem odpisać, że raczej nie dam rady- bo studia, bo możliwości, bo ŻYCIE. Niemniej jednak, kiełkująca myśl ("a może pojadę") urosła do rozmiarów tak wielkich, że po raz kolejny przesłoniła ośrodek odpowiedzialny za zdrowy rozsądek. Zachęcające, tfu!, zachwycające opisy rejonu, duże wsparcie ze strony Związku i szybka rozmowa z Adasiem powoduje, że w ciągu kilku godzin podejmujemy decyzję o wyjeździe. Tym bardziej cieszy nas fakt kolejnego członka GM w ekipie- Krzyśka Korna. Dogranie szczegółów, listy sprzętowe, dokumenty do PZA, bilety lotnicze- sprawa nabrała tempa i nie zwolniła aż do lotniska w Krakowie, gdzie po ugoszczeniu przez Olgę (Niemiec) spotykamy się pierwszy raz w całym składzie. 


Lądowanie w Marakeszu jest niejako detoksem od słoty, która żegnała nas w Polsce. Poczułem się jak gwiazda, kiedy po odebraniu bagaży zobaczyliśmy miłego taksówkarza, czekającego z karteczką na lotnisku. Jeszcze bardziej, kiedy okazało się że, podróżujemy mercem! Aby jednak ostudzić emocję od razu zaznaczę: mercedes ma 500 tysięcy przebiegu, a mieści się do niego 6, a nawet 7 osób- oczywiście brakuje wtedy miejsca dla gościa o nazwie Komfort i jego partnerki Wygody. Żeby było jeszcze ciekawiej robimy zakupy na dwa tygodnie i ruszamy w drogę. Forrest Gump o Wietnamie powiedział: "to taki zupełnie inny kraj". W Marakeszu taka fraza też nie jest mocno na wyrost, aczkolwiek wpływ Francji oraz turystyka powodują, że nie jest to jeszcze "Afryka dzika". Sytuacja zmienia się jednak proporcjonalnie do odległości od Marakeszu. Pomarańczowe pustkowia z porozrzucanymi gdzieniegdzie osadami przypominają bardziej tło do potyczki Johna Wayne'a z Charles'em Bronsonem. Jeszcze ciekawiej wyglądają miasteczka po wjechaniu do środka- tu mamy już prawdziwą "Yumę". Szybkie rozejrzeniu się po okolicy utwierdza nas w przekonaniu, że ludzie nie znają tu śniegu, a i na deszcz nie ma za często co liczyć. Kosze na śmieci też wydają się zbyteczną dekoracją, o czym przekonują nas różnokolorowe odpadki na ziemi.



Ale wracajmy do sedna- z taksówki przesiedliśmy się do busa, spotkawszy wcześniej Ahmeda, naszego guide'a i gospodarza. Razem z nim dotarliśmy do Zaouii, ostatniego cypla cywilizacji. Do "innego świata" przenoszą nas zgoła niemagiczne stworzenia- osiołki. Warunki życia w tej części globu znów o sobie dały przypomnieć- zbyt wysoki stan rzeki po tygodniu deszczu nie pozwolił nam dostać się do Taghii. Kolejna próba podjęta kolejnego dnia okazuje się skuteczna i po dwóch godzinach marszu znajdujemy się w miejscu, które jest jednocześnie wspinaczkowym rajem i Zaginionym Światem. Szybki przepak pozwolił nam spróbować miejscowego rarytasu- wspinania. 



Podzieleni na dwa zespoły, dotarliśmy pod ścianę Paroi Sources, a nasz entuzjazm skierowaliśmy na drogi Classe Montagne Epinal​ 6c+ (Sztaba, Brożyna) i Zebda 7b+ (Wójcik, Korn, Ciemnicki). O ile podejście i wydarzenia dnia poprzedniego dały nam do myślenia na temat opadów, o tyle Zebda swoim pierwszym (najtrudniejszym) wyciągiem zweryfikowała nasz pogląd na temat pogody w Afryce. Po przehaczeniu pierwszego wyciągu i przejściu kolejnych trzech zmuszeni byliśmy wycofać się. Tego dnia doświadczenie wzięło górę, gdyż pierwszy zespół drogę ukończył. Kolejny dzień przynosi dosyć daremną próbę podjętą na ścianie Jbel Taoujdad, gdzie ekipa działająca niezależnie na dwóch drogach wycofała się i nie bez przygód dotarła do domu. Trzeci dzień przynosi drobną różnicę celów- Ciemnicki i Adaś kierują się pod ścianę południową masywu Oujdad, podczas gdy reszta zespołu zamierza zakwasić przedramiona na czymś przewieszonym, ale krótszym, jednowyciągowym. Droga pod którą wybraliśmy się z Adasiem z początku była mocno pociągająca, zwłaszcza, że rekomendował nam ją nie kto inny jak Łukasz Mirowski! Po pierwszych próbach na wyciągu za 7b+ wiedzieliśmy, że dzień może okazać się dłuższy niż podejrzewaliśmy. Adaś z konsekwencją walca drogowego prowadził najtrudniejsze wyciągi, przy czym drugi wyciąg za 7c, a ostatni na drodze, doprowadził go do stanu najwyższego upodlenia, więc na ostatnim stanowisku przywitał mnie słowami: "Kubuś, zaraz będę rzygał"... Tę rozrywkę pozostawiliśmy jednak na później, bo nagrodą za zrobienie drogi był zjazd do podstawy ściany i nocny powrót w deszczu. Tego samego dnia chłopaki też zrealizowali swój plan, więc wymieniamy wrażenia i patenty na zrelaksowanie ciała po wyczerpującym dniu. Werdykt zapadł- REST. Wyprawa po zasięg (tak, wyprawa, wiem co mówię) oraz small- talki w living roomie (gadanie o wspinaniu w korytarzyku koło pokoju), skutecznie pochłoniły czas i nakręciły na wspinanie w kolejnym dniu. W tym miejscu pozwolę sobie na cytat słów Mischy, który przedstawił nam motto swojego kolegi: "Pierwszy dzień restu jest ostatnim dniem dobrej pogody". Czy naprawdę muszę pisać, co zastaliśmy o PIĄTEJ rano za oknem? Pogoda dostarczyła nam dzień na kontynuowanie tematów z poprzedniego dnia, z czego niechętnie skorzystaliśmy. 


Nasze "górskie" usposobienie daje o sobie znać następnego dnia, więc korzystając z okna pogodowego wstawiamy się w Zebdę 7b+ w dwóch zespołach: Wójcik, Korn, Ciemnicki i Sztaba, Brożyna. Miłym zaskoczeniem jest sucha tufa na pierwszym wyciągu, która przepuszcza Adasia do stanowiska. Teraz tylko 7 kolejnych wyciągów i możemy sobie robić słit focie na szczycie. Czując przez cały czas "oddech doświadczenia" na plecach, wiedzieliśmy, że drugi zespół konsekwentnie napiera w tym samym kierunku. Jak się później okazało niektóre partie drogi musieli przehaczyć, niemniej jednak też zameldowali się na szczycie. Tym razem mamy świeże tematy do dyskusji na temat pokonanej drogi, jednak nie marnujemy czasu. Oba zespoły (Korn przeszedł do "doświadczonego" teamu) zaplanowały wspinanie drogami nie tylko trudnymi pod względem trudności, ale też wymagającymi pokonania "metrów": Fantasia 7c (700m) i Baraka 7b (650 m). Zasypiamy nagrzani jak młodzian przed pierwszą randką, ale dostajemy kosza, a właściwie kubeł zimnej wody; budzą nas burzowo- deszczowe chmury i towarzyszą nam niezmiennie przez cały dzień. Szanując Reymonta i Mickiewicza, nie będę ryzykował poetyckich opisów przyrody i pozwolę sobie lakonicznie stwierdzić: padało. Kolejnego dnia też padało*. Kolejnego też. Tym razem jednak desperacja, która chyba napęczniała od tego deszczu, spowodowała dramatyczną, niczym Termopile, próbę wstawienia się w drogę Fantasia. Mocno zmarznięci, "na tarczy", po 2 godzinach siedzenia pod ścianą, wróciliśmy do domku, gdzie zastaliśmy resztę zespołu w pieleszach (Krzysiek nawet się nie obudził). Uznaliśmy, że ich strategia była znacznie rozsądniejsza. 



Wspólnie zdecydowaliśmy, że śnieg zalegający na stokach i wyższych partiach ścian jest zjawiskiem na tyle nietypowym w Afryce, iż musimy to złe wrażenie w naszych głowach zatrzeć i poszukać słońca. Plotka gminna głosiła o pożądanych warunkach w... Marakeszu. Pamiętając historię z Radia Erewań, na pytanie "kiedy będzie lepiej?", odpowiedzieliśmy sobie: "lepiej już było", a tak naprawdę, wobec braku możliwości podjęcia jakiejkolwiek działalności o profilu wspinaczkowym, zdecydowaliśmy wrócić dzień wcześniej. Jakich byśmy jednak nie podali powodów, wynik jest taki sam- wieczorem jesteśmy w Zaouii, a kolejnego dnia wylądowaliśmy w Marakeszu. Tutaj kuszeni tysiącami barw, mieszaniną zapachów, klimatyczną muzyką, a przede wszystkim zalotami nad wyraz kontaktowych handlarzy rzuciliśmy się w ten wir, jakim jest centrum Marakeszu. Ostatnie zaskórniaki przepuszczone na całkowicie bezużyteczne przedmioty niecodziennego użytku, nie rekompensują nam jednak żalu z powodu opuszczenia Taghii bez przejścia zamierzonych dróg. Godziny spędzone na negocjacjach z lokalsami, poprzedzających zakup tychże "pamiątek", jakkolwiek angażujące, nie wyciągają jak omawiany setny raz plan podejścia i wspinania. Pakowanie plecaków przed odlotem do Polski, mimo że przyjemne (tęsknota dotyka nawet takich "twardzieli" jak my), nie może równać się z ogarnianiem szpeju w wieczór przed wstawieniem w drogę. Kotłujące się w głowie myśli, kreują jakąś dziwną myśl, ta przeradza się w plan i w mgnieniu oka mamy gotowy wyjazd ze wszystkimi szczegółami, mimo, że nawet nie opuściliśmy Marakeszu. Dokąd? Do Taghii! Kiedy? Niebawem...


*Tego dnia, około 14, zespół Sztaba, Brożyna, Korn wystawił się w drogę Belle te Berbere 6b+, pokonując ją OS, wspinaczkę zakończyli po zmroku.

Jakub Ciemnicki

Wyjazd dofinansowany przez Polski Związek Alpinizm (za co dziękujemy), kierowany przez Piotra Sztabę. Zakończony następującymi przejściami:

Zebda 7b+ RP (300 metrów) Wójcik, Korn, Ciemnicki
Zebda  7b+ 3 x A0 pozostałe wyciągi OS Brożyna, Sztaba
Tout pour le club 7c RP (300 metrów) Wójcik, Ciemnicki
Sektor sportowy ​7a+ FL, 7a OS Korn
Paroi des Sources​ Classe Montagne Epinal​ 6c+ (230 m) OS Sztaba, Brożyna
​Sektor sportowy ​Massiv Atack​ 7a ​OS Brożyna
Sektor sportowy​ 2x6b+ ​OS Sztaba
Paroi des Sources​ Belle et Berbere​ 6b+, (300m​) OS Brożyna, Sztaba, Korn

Odbył się między 31.10 a 13.11 2012 roku w składzie:
Piotr Sztaba (kierownik)  KS Korona Kraków
Michał Brożyna KS Korona Kraków
Krzysztof Korn KW Zakopane, GM PZA
Adam Wójcik ŁKW, GM PZA, Woodpecker holds
Jakub Ciemnicki ŁKW, GM PZA