poniedziałek, 5 października 2015

GM w Bergalii (Czech-Migas)

Dla mnie i Pawła miał być to pierwszy wyjazd na wspinanie w inne góry niż Tatry. Idealnym celem na początek wydawał się rejon Piz Badile, który w porównaniu do innych alpejskich szczytów nie jest zbyt wysoki ani zbyt trudny logistycznie. Planowaliśmy poświęcić pierwszy tydzień na wspinanie w Bergell, a następnie przenieść się w Dolomity. Jednak jak to często bywa - warunki dyktowała pogoda i ostatecznie cały wyjazd spędziliśmy w Bregaglii :)

Właściwie nasz wyjazd zaczął się od zgrupowania GMu w Skalnatym Plesie na Słowacji, gdzie wspinaliśmy się po ścianach Kieżmarskiego Szczytu i Łomnicy. Potem już wszystko ruszyło pełną parą -  powrót do domu, przepak,  sobota  5 rano wyjazd. Wieczorem dotarliśmy do naszego celu – Bondo. Nie mieliśmy przewodnika i jak się można domyślić  kupienie go w niedziele w okolicy było niemożliwością. Na szczęście uratował nas pewien Szwajcar pracujący w pobliskiej knajpie, który specjalnie zwolnił się z pracy by pojechać do domu i pożyczyć nam tę upragnioną i jakże potrzebną  książkę :) Dysponując schematami z internetu i zdjęciami przewodnika Solo Granito następnego dnia wynieśliśmy plecaki w górę Doliny Bondasca. Plan był prosty – rozbić się gdzieś powyżej schroniska Sasc Fura i dopóki będą siły, pogoda oraz zapasy jedzenia wspinać się po Badylu! Prognozy były optymistyczne, nastawiliśmy budziki na 4, spakowaliśmy plecaki i poszliśmy spać.

1. Piz Badile 3308m




Godzina 4. Krople deszczu mocno uderzały w ścianki namiotu, a my w milczącym porozumieniu wyłączyliśmy budziki i spaliśmy dalej. Gdy wstaliśmy koło 8 zaczynało się wypogadzać, a  zza chmur wychodziło słońce i pomimo że ściana wyglądała na mokrą podjęliśmy  szybką decyzję – idziemy się wspinać! O 11 wbiliśmy się w drogę „Another Day in Paradise”. Początkowe wyciągi były mokre, co nie okazało się dużym problemem. Kłopot mieliśmy raczej z odnalezieniem drogi, gdyż puszczało wszędzie, a iść trzeba było tam gdzie były spity.


2. Płyty na Another Day in Paradise



Przed 19 dotarliśmy do północnego kantu Piz Badile i zdecydowaliśmy się na powrót.
Następnego dnia od rana pięknie świeciło słońce i w trójkowym zespole razem z Pawłem i Kamilem podjęliśmy decyzję podejścia pod północno-zachodnią ścianę Badyla i spróbować na niej całkiem nowej drogi „Il silenzio degli eroi”. Niestety nasza próba zakończyła się już na podejściu, gdyż drogę do lodowca pod ścianą odcinała nam stumetrowa przepaść i aby tam podejść musielibyśmy się cofnąć aż do schroniska, więc zdecydowaliśmy się tego dnia na rest, a w głowach pojawiła się myśl, że następnego  dnia pójdziemy na „Cassina”.


3. Życie w płycie





W nocy szalała burza, około godziny 5 przestało padać. Prognozy były w miarę korzystne, ale zamiast  „Cassina” wybraliśmy Nordkant, co później okazało się bardzo dobrą  (i roztropną) decyzją. O 7 wbiliśmy się w drogę.


4. Nordkant




Poza nami były tylko 2 zespoły, wspinanie szło całkiem sprawnie i koło godziny 13 byliśmy na szczycie. Widoczność nie powalała – cały czas byliśmy w chmurze, a gdy tylko zaczęliśmy schodzić pogoda się zaczęła pogarszać z minuty na minutę. Zaczęło padać coś pomiędzy gradem a śniegiem, wzmagał się wiatr, a przed nami była jeszcze daleka droga. W tym wszystkim to  mi przypadła  przyjemność prowadzenia zjazdów.


5. Zjazdy z Nordkantu




Ślizgałem się po mokrej grani i wyszukiwałem kolejne stanowiska zjazdowe, gdyż linia zjazdów nie do końca pokrywa się z linią wspinania. Zjazdy w czwórkę dłużą się w nieskończoność, więc dopiero po paru godzinach dotarliśmy do miejsca gdzie kończy się „Another Day in Paradise”. Słyszeliśmy wodę płynącą kominami, którymi wychodzi „Cassin” i chyba każdy poczuł ulgę, że nas tam nie ma! Linię zjazdów już znaliśmy, ale byliśmy kompletnie przemoczeni i zmarznięci. Ręce trzęsły się nam, problemem stawało się przełożenie liny przez mailona. Gdy do końca zostało kilka zjazdów, wiatr nagle  ustał, deszcz przestał padać i wyszło słońce. Ostatnie promienie tego dnia padły na „Nordkant”. O 21 staliśmy na półkach pod ścianą. Zostało tylko wspiąć się po mokrej skale na przełączkę pod kantem i koło północy dotarliśmy do namiotów. Jedno było wtedy pewne – na pewno nie pójdziemy następnego dnia na” Cassina”, trzeba będzie odpocząć. Rano wstaliśmy i zdecydowaliśmy się na zejście, a to dlatego że prognozy były słabe na najbliższe trzy dni, a zapasy żywności kończyły się.

Na kempie w Bondo spotkała nas miła niespodzianka, którą była osoba Dozenta, który polecił nam wspinanie w sąsiedniej Dolinie Albigna. Byliśmy przekonani, że nie będzie już historii w stylu „nie zrobiliśmy drogi bo nie umieliśmy podejść pod ścianę” :) Za radą Dozenta wyjechaliśmy kolejką i rozbiliśmy obóz pod Spazzacalderą, która przypominała nam słowacką Osterwę, ale wyceny odczuliśmy o wiele bardziej wymagające.  Od razu poszliśmy się wspinać, wybraliśmy z Pawłem klasyk – Coco Driller 7a. Wspinanie świetne, a  wyciąg 40m rysą za 7a był jednym z najlepszych jakie kiedykolwiek robiłem.  Niestety znów nie ogarniamy – po czterech wyciągach przekonani o zrobieniu drogi zjechaliśmy w dół, a później okazuje się że są jeszcze trzy wyciągi, po prostu następny był po trawach za 3b :) Jeszcze wieczorem podjęliśmy z Pawłem dość spontaniczną decyzję i półtorej godziny przed zmrokiem poszliśmy na trzywyciągowe Seifert 6b+ , która okazała się piękną linią po kancie. Wspinanie ze zjazdami zajęło nam niewiele ponad godzinę, przed zmrokiem byliśmy przy namiotach. Szybko i sprawnie!

Po dniu niepogody przesiedzianym w kolebie dwa następne dni poświęciliśmy na wspinanie po klasykach Spazzacaldery. Drogi były naprawdę urokliwe, a skała miała wyśmienite tarcie. Do najładniejszych  dróg należały tam: „ Va Col Vento „6c+, „Excalibur” 6c i „Via Felici” 6a, która łącznie z wejściem na niezwykle widokową turnię o nazwie Fiamma i  liczyła sobie 13 wyciągów.


6. Paweł i Kamil na wierzchołku Fiammy





Pogoda miała się trochę popsuć, dlatego też trzeciego dnia z rzędu w dolince Albigna w zespole trójkowym(ja, Paweł i Kamil) o 5 rano wyruszyliśmy pod ścianę szczytu „Punta di Albigna” na drogę „Steiger” 5c (700m). O 7 zaczęliśmy wspinanie, po chwili wyprzedziliśmy wspinających się po drodze Niemców i po czterech godzinach wspinania o 11 staliśmy już na wierzchołku :) Pozostało  zrobić jeden zjazd ze szczytu i zejść po naprawdę ruchomym piargu, gdzie głazy wielkości samochodów przesuwały się pod nogami. O 14 byliśmy przy namiotach, burza przyszła dopiero po dwóch godzinach od naszego powrotu a więc wszystko zgodnie z planem :)

7. Na szczycie Punta di Albigna





Na następny dzień planowaliśmy  zejście do auta, sprawdzenie prognozy i podjęcie decyzji co dalej robić. Pogoda jednak była wyśmienita i trzeba się było wspinać! „ Nebel des Graues”, 7a, 150m, 3 wyciągi – cel idealny. Znając kluczowy wyciąg z  próby sprzed kilku dni zrobiliśmy ją z Pawłem w niecałe 2 godziny i dopiero wtedy mogliśmy spokojnie schodzić do auta! :)

8. Poranek na Cassinie





Pogoda w Dolomitach była bez zmian – padało. Natomiast w Bergell zapowiadało się całkiem nieźle, plan był prosty – wrócić pod Badyla i iść na „Cassina”. Niestety, podobny pomysł miało bardzo dużo innych  zespołów. Gdy wieczorem rozbiliśmy się nad schroniskiem, wiedzieliśmy już że będzie tłoczno. Rzeczywistość jednak przerosła nasze oczekiwania -  to były dzikie tłumy! Od 4:00 wyścig pod ścianę, ludzie nie schodzili ze ścieżki nawet za potrzebą fizjologiczną by nie tracić czasu. Łącznie z nami tę drogę zrobiło w ciągu dnia około 20 zespołów, co tylko mnożyło niebezpieczne sytuacje. Przewodnik z pośpiechu zapominał o swoim kliencie i zostawił go pod ścianą, uratował go Mateusz, oddając mu jedną żyłę. Skrzyżowane liny, lecące kamienie, stanowiska z jednego frienda i 3 zespoły wiszące na jednym spicie – to wszystko można zobaczyć idąc na „Cassina” w pewną pogodę!

9. Cassin




Gdy teraz myślę o tej drodze, to uważam, że jest to naprawdę piękne wspinanie. Jednak wtedy mieliśmy już  tego wszystkiego dość. Dojście do szczytu zajęło nam w tych tłumach 10 godzin, na szczęście pogoda dopisała i po pięciu godzinach zjazdów byliśmy już pod ścianą.

Dzień po przygodach na „Cassinie” wyruszyliśmy w drogę powrotną, która prowadziła przez Alitzgraben. Tamtejsze wspinanie przypadło nam do gustu i pomimo zmęczenia z powodzeniem łomotaliśmy  tamtejsze klasyki:) Jednak, to co dobre szybko się kończy i w poniedziałek 10 sierpnia wróciliśmy do naszych domów.

10.Paweł na klasyku Adlitz - King Kong 8





Wyjazd ten był dla nas świetną lekcją wspinania w granicie, łącznie przewspinane ponad  4000m :) Na pewno wzrósł też skill w zjazdach, których na wyjeździe zrobiliśmy około 70:) Przed następnym wyjazdem z pewnością lepiej przygotujemy się logistycznie, między innymi zaopatrując w przewodnik który będziemy rozumieć, gdyż ten podarowany przez Szwajcara był po włosku  (albo nauczymy się tego języka).  Planów jest wiele!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz